Ostatnie dnie były wręcz tragedią. Czemu nie mogłam się za
cholerę pozbyć tego cholernego Jamesa z głowy? Dlaczego tak strasznie zależy mi
na tym dupku, który ma w dupie uczucia innych? Mówi się, że nie wchodzi się dwa
razy do tej samej rzeki, ale oczywiście najmądrzejsza i najwspanialsza Luzika
nie posłuchała głosu rozumu, tylko serca i teraz co? Wszyscy mają mnie za
wariatkę, która powinna zostać zamknięta w pokoju bez okien w bezpiecznym
kaftanie, bo mogłaby sobie coś zrobić. (…) Tego dnia miał odmienić się mój los,
w końcu mnie wypuszczają. Nie rozumiem tego fenomenu, jeśli ktoś chciał się
zabić, to nie powinni wsadzać go na obserwację, ale posłać do dobrego psychologa
czy psychiatry. Zresztą teraz to już nieważne. (…) Przez te cholerne
formalności byłam w domu dopiero po piętnastej. Sąsiadka mieszkająca obok
przyszła do mnie w odwiedziny z kwiatami. Jak się okazało nie były od niej,
tylko znów od Jamesa z przeprosinami.
‘’Wiem, jestem najgorszy na świecie, ale nie mogę się pogodzić z tym, że to przeze mnie chciałaś odebrać sobie życie. Przepraszam Cię najmocniej i pewnie zrobię to jeszcze nie raz, naprawdę jestem skruszony. Gdybym mógł, padłbym na kolana… Twój J.M.’’
Ze złością rzuciłam bukiet czerwonych róż na podłogę, po czym tak po prostu zaczęłam po nim deptać. No ileż można? Sąsiadka nie rozumiała mojego zachowania, skarciła mnie dodatkowo wzrokiem tak jakbym zrobiła bóg wie jaką złą rzecz. Wiem, szkoda kwiatków, by je deptać przez takiego Maslowa, ale bywa… Miałam tego serdecznie dość, więc postanowiłam wyjść na przód świeżo upieczonemu mężusiowi. Pospiesznie, drżącymi rękoma chwyciłam za telefon i wybrałam jego numer. Odebrała ta jego siksa, Lucy.
- Cześć, przekaż Jamesowi, że dzwoniłam. – Myślałam, że zwymiotuję. Chciałam w końcu rozmawiać z nim, a nie z jego najukochańszą żoneczką, która nie od dziś działa mi na nerwy i on dobrze o tym wie. Mimo to wybrał ją nie mnie, muszę się z tym jakoś pogodzić, prawda?
- Ojejku, jak mi przykro. Twoja niespełniona miłość nie może podejść teraz do telefonu. Ja na Twoim miejscu znów próbowałabym się zabić, ale tym razem skutecznie. – Złośliwa szatynka nawet w tej sytuacji nie mogła sobie odpuścić dogryzania mi. Może miała rację i powinnam skończyć ze sobą raz na zawsze? Gdybym była tam przy niej, to pewnie wytargałabym ją za włosy i własnoręcznie zdarłabym jej ten głupi uśmiech z twarzy, ale niestety przez telefon tego nie załatwię. Przyznaję, że znów dałam się wyprowadzić z równowagi. Niebezpiecznie by było zostawać mi samej w dużym domu, bogatym w szklanki, których liczba pewnie zmalałaby o połowę gdybym jeszcze dłużej rozmawiała z tą siksą Maslowa. Postanowiłam wybrać się na spacer do parku. Tam mogłam choć na chwilę odetchnąć świeżym powietrzem. Dosłownie na chwilę, bo zaraz po tym poczułam silny zapach męskich perfum, znanych mi doskonale męskich perfum. Sama kiedyś je wybierałam specjalnie dla tego jednego, specjalnego faceta, czyli Jamesa. Nie pomyliłam się, to znów był on. Mam do niego takie cholerne szczęście, że wręcz rude. Nigdy nie lubiłam stawać z nim oko w oko, a teraz tym bardziej. Najchętniej to bym się teraz rozryczała, ale nie mogę. Będę silna, zero słabości od teraz.
- Cześć, jak się masz? – James spojrzał na mnie jakby nigdy nic się nie stało. Myślałam, że wybuchnę, ale postanowiłam zgrywać opanowaną. Nie chcę mu stać na drodze do szczęścia.
- Nie widać? Jestem oazą spokoju i chyba najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Facet, który teraz ma żonę przeleciał mnie w przeddzień swojego ślubu i wmawiał mi, że mnie kocha. Super, naprawdę. Możesz mi pozazdrościć. – Spojrzałam chłodnym spojrzeniem w jego oczy, najwidoczniej zabolały go te wszystkie słowa, które przed chwilą powiedziałam. Dobrze mu tak, chociaż to i tak nie oddaje tego jak ja się czułam, kiedy ten brał ślub.
- Nie kocham Lucy...
- Tak? To skąd ten ślub? Tylko nie tłumacz mi się rodzicami, bo czasy, w których rodzice wybierali dzieciom mężów i żony się skończyły. – Kolejny strzał w jego stronę zaliczam do udanych. Tym razem to ja wbijałam go w ziemię nie on mnie.
- Już nie bądź taką złośnicą. I tak wiem, że pod maską twardzielki kryje się mała dziewczynka pragnąca by ją ktoś przytulił i powiedział, że jest dla niego najważniejsza. Znam Cię lepiej niż ktokolwiek inny! – Brunet chwycił mnie za ramiona i delikatnie potrząsnął. Nie wiem co takiego chciał tym wskórać, ale nie udało mu się to.
- No właśnie, znasz mnie lepiej niż nikt inny, ale nie wpadło Ci do głowy, że zaboli mnie to, jak mnie przelecisz dzień przed swoim ślubem i wyznasz miłość? Nie liczysz się z uczuciami innych, najważniejszy jesteś tylko Ty, zresztą zawsze tak było. Jesteś skończonym idiotą! – Nie mogłam wytrzymać, musiałam w końcu na niego krzyknąć i to tak, że aż ludzie się na nas dziwnie spojrzeli. Jednak wisienką na torcie został porządny prawy sierpowy w jeden z jego idealnie gładkich policzków. Dumna z siebie obróciłam się na pięcie i zniknęłam za strukturą różnorodnych drzew. Kto by pomyślał, że kiedyś zbiorę się na odwagę i będę w stanie podnieść rękę na Jamesa… Nawet ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje, a co dopiero inni, którzy mijali tą zasmuconą, zakapturzoną dziewczynę, która zamiast chować się przed deszczem siedzi na ławce niedaleko mostu i wpatruje się w wodę, tak jakby coś w niej zgubiła…
‘’Wiem, jestem najgorszy na świecie, ale nie mogę się pogodzić z tym, że to przeze mnie chciałaś odebrać sobie życie. Przepraszam Cię najmocniej i pewnie zrobię to jeszcze nie raz, naprawdę jestem skruszony. Gdybym mógł, padłbym na kolana… Twój J.M.’’
Ze złością rzuciłam bukiet czerwonych róż na podłogę, po czym tak po prostu zaczęłam po nim deptać. No ileż można? Sąsiadka nie rozumiała mojego zachowania, skarciła mnie dodatkowo wzrokiem tak jakbym zrobiła bóg wie jaką złą rzecz. Wiem, szkoda kwiatków, by je deptać przez takiego Maslowa, ale bywa… Miałam tego serdecznie dość, więc postanowiłam wyjść na przód świeżo upieczonemu mężusiowi. Pospiesznie, drżącymi rękoma chwyciłam za telefon i wybrałam jego numer. Odebrała ta jego siksa, Lucy.
- Cześć, przekaż Jamesowi, że dzwoniłam. – Myślałam, że zwymiotuję. Chciałam w końcu rozmawiać z nim, a nie z jego najukochańszą żoneczką, która nie od dziś działa mi na nerwy i on dobrze o tym wie. Mimo to wybrał ją nie mnie, muszę się z tym jakoś pogodzić, prawda?
- Ojejku, jak mi przykro. Twoja niespełniona miłość nie może podejść teraz do telefonu. Ja na Twoim miejscu znów próbowałabym się zabić, ale tym razem skutecznie. – Złośliwa szatynka nawet w tej sytuacji nie mogła sobie odpuścić dogryzania mi. Może miała rację i powinnam skończyć ze sobą raz na zawsze? Gdybym była tam przy niej, to pewnie wytargałabym ją za włosy i własnoręcznie zdarłabym jej ten głupi uśmiech z twarzy, ale niestety przez telefon tego nie załatwię. Przyznaję, że znów dałam się wyprowadzić z równowagi. Niebezpiecznie by było zostawać mi samej w dużym domu, bogatym w szklanki, których liczba pewnie zmalałaby o połowę gdybym jeszcze dłużej rozmawiała z tą siksą Maslowa. Postanowiłam wybrać się na spacer do parku. Tam mogłam choć na chwilę odetchnąć świeżym powietrzem. Dosłownie na chwilę, bo zaraz po tym poczułam silny zapach męskich perfum, znanych mi doskonale męskich perfum. Sama kiedyś je wybierałam specjalnie dla tego jednego, specjalnego faceta, czyli Jamesa. Nie pomyliłam się, to znów był on. Mam do niego takie cholerne szczęście, że wręcz rude. Nigdy nie lubiłam stawać z nim oko w oko, a teraz tym bardziej. Najchętniej to bym się teraz rozryczała, ale nie mogę. Będę silna, zero słabości od teraz.
- Cześć, jak się masz? – James spojrzał na mnie jakby nigdy nic się nie stało. Myślałam, że wybuchnę, ale postanowiłam zgrywać opanowaną. Nie chcę mu stać na drodze do szczęścia.
- Nie widać? Jestem oazą spokoju i chyba najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Facet, który teraz ma żonę przeleciał mnie w przeddzień swojego ślubu i wmawiał mi, że mnie kocha. Super, naprawdę. Możesz mi pozazdrościć. – Spojrzałam chłodnym spojrzeniem w jego oczy, najwidoczniej zabolały go te wszystkie słowa, które przed chwilą powiedziałam. Dobrze mu tak, chociaż to i tak nie oddaje tego jak ja się czułam, kiedy ten brał ślub.
- Nie kocham Lucy...
- Tak? To skąd ten ślub? Tylko nie tłumacz mi się rodzicami, bo czasy, w których rodzice wybierali dzieciom mężów i żony się skończyły. – Kolejny strzał w jego stronę zaliczam do udanych. Tym razem to ja wbijałam go w ziemię nie on mnie.
- Już nie bądź taką złośnicą. I tak wiem, że pod maską twardzielki kryje się mała dziewczynka pragnąca by ją ktoś przytulił i powiedział, że jest dla niego najważniejsza. Znam Cię lepiej niż ktokolwiek inny! – Brunet chwycił mnie za ramiona i delikatnie potrząsnął. Nie wiem co takiego chciał tym wskórać, ale nie udało mu się to.
- No właśnie, znasz mnie lepiej niż nikt inny, ale nie wpadło Ci do głowy, że zaboli mnie to, jak mnie przelecisz dzień przed swoim ślubem i wyznasz miłość? Nie liczysz się z uczuciami innych, najważniejszy jesteś tylko Ty, zresztą zawsze tak było. Jesteś skończonym idiotą! – Nie mogłam wytrzymać, musiałam w końcu na niego krzyknąć i to tak, że aż ludzie się na nas dziwnie spojrzeli. Jednak wisienką na torcie został porządny prawy sierpowy w jeden z jego idealnie gładkich policzków. Dumna z siebie obróciłam się na pięcie i zniknęłam za strukturą różnorodnych drzew. Kto by pomyślał, że kiedyś zbiorę się na odwagę i będę w stanie podnieść rękę na Jamesa… Nawet ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje, a co dopiero inni, którzy mijali tą zasmuconą, zakapturzoną dziewczynę, która zamiast chować się przed deszczem siedzi na ławce niedaleko mostu i wpatruje się w wodę, tak jakby coś w niej zgubiła…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz