sobota, 17 maja 2014

Rozdział 1

Przyjaźnię się z Jamesem od przedszkola. Zawsze byliśmy nierozłączni. W liceum nawet kilka razy byliśmy parą. Niestety zawsze z takim samym skutkiem. On najwidoczniej nie kochał mnie tak bardzo jak ja jego. Nie umiał pojąć tego, że zależy mi na nim bardziej niż mu się wydaje. Odpuściłam, ale nie mogłam znieść jego widoku w objęciach innych dziewczyn. Nie chciałam tego, ale jednak. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy i wyjechałam do słonecznego Los Angeles. Tam odbudowałam swoją psychikę, zapomniałam nareszcie o nim, co zajęło mi bardzo dużo mojego cennego czasu. Znalazłam przytulne mieszkano nieopodal jeziora, które było od świtu do zmierzchu zamieszkiwane tylko i wyłącznie przez drobne zwierzęta, co dodawało mu uroku. Wszystko układało się genialnie, aż pewnego dnia idąc do studio fotograficznego napotkałam się na nikogo innego jak Jamesa! Nagle poczułam jakby coś we mnie pękło, to chyba moje serce po raz setny. Wysoki, przystojny brunet o nienagannej fryzurze spojrzał w moje oczy, a ja robiąc to samo zupełnie straciłam poczucie czasu.
- Miałaś zamiar przejść obok mnie obojętnie? Co Ci zrobiłem? Dlaczego wyjechałaś bez pożegnania? – Chłopak zadawał mi pytania tak szybko jakby był jakąś maszyną. Co mam mu powiedzieć? Mam mu wyznać prawdę, czy może skłamać, że po prostu chciałam zacząć od zera? Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam głowę w drugą stronę.
- Dobrze wiesz czemu wyjechałam, a teraz przepraszam, ale bardzo się śpieszę do pracy. – Z drugą częścią swej odpowiedzi skłamałam, bowiem do rozpoczęcia fuchy mam jeszcze dobre pół godziny, ale nie ma bata. Nie będę z nim rozmawiać, bo tylko się rozpłaczę i będzie po moim makijażu. (…) Dzień zleciał mi bardzo szybko. Na dziś jednak to tyle, więc czas iść do domu, założyć wygodną piżamę, zmyć makijaż i zastanowić się co dalej. Niestety po dojściu na wyznaczone miejsce udało mi się wykonać jedynie punkt drugi, bo ktoś zaczął dobijać się do moich drzwi. Z niechęcią otworzyłam je, jednakże szybko tego pożałowałam.
-Luiza, daj mi szansę. Chcesz tak po prostu zapomnieć? – Znów zadawał mi pytanie, na które znał doskonale odpowiedź.
- Idź stąd, nie chcę Cię widzieć, bo wiem, że i tak znajdziesz sobie inną. – W tym momencie nie wytrzymałam. Wszystko do mnie wróciło, a łzy strumieniami ciekły po policzkach. James jednak nie odpuścił. Nic już nie powiedział. Wprosił się do środka, po czym wtulił w swą wyrobioną klatę moje drobne ciałko i trzymał póki nie przestałam płakać. Może to tego potrzebowałam przez cały czas? Sama nie wiem… Resztę wieczoru spędziliśmy razem. W sumie nie robiliśmy nic ciekawego, ale łzy nie polały się już ani razu. Dopiero kiedy zbierał się do wyjścia, a ja już praktycznie zasypiałam na stojąco, podszedł do mnie, ucałował moje czółko i szepnął coś w stylu.
- Obiecuję Cię już nigdy nie zranić.
Chciałam odwzajemnić pocałunek, tyle dobrego, że na policzku. Pan Maslow jednak okazał się przebiegły, bo przy pomocy skrętu szyi złączył nasze usta w jednym, czułym pocałunku, a z tego zrodziło się milion drobniejszych pocałunków. Jego dłonie błądziły wolno po moich plecach, chcąc czy nie chcąc noc spędziliśmy razem. Natomiast kiedy wstałam rano jego już nie było. Zostawił kartkę w kuchni o treści ‘’Dzień dobry. Miałem coś nagłego do załatwienia, ale dziękuję za najlepszą noc w życiu.’’ Przeczytałam ją kilka razy i za każdym z nich uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że coś się kroi i, że moje serce znów zostanie wystawione na próbę. Zwyczajnie wyszłam na spacer, do parku. Z oddali dostrzegłam odstawionego Kendall’a z dużym, zapakowanym w ozdobny papier pudełkiem. Chcąc dowiedzieć się co tutaj robi i czemu jest tak odświętnie ubrany podeszłam do niego.
- Hej Kendall. Co Ty tutaj robisz? – Spytawszy z ciekawością wyczuwalną w głosie zmierzyłam go jeszcze raz, a porządnie wzrokiem.
- Nie wiesz? James bierze dzisiaj ślub! Ubieraj kieckę i lecimy! Nie może Cię zabraknąć, no chodź!- Blondyn nie przyjmował do wiadomości słowa nie. Pociągnął mnie do mojego własnego domu i kazał raz dwa ubrać na siebie sukienkę. Wciąż nie wierzyłam w to co usłyszałam. James i ślub? Czyli jednak on i Lucy to coś poważnego… Nie rozumiem tylko jednego. Dlaczego kochając ją przespał się ze mną? Co przedmałżeński skok w bok? Nad tym zastanawiałam się przez całą drogę na plażę, gdzie miała odbyć się ceremonia. Kazano mi usiąść w pierwszym rzędzie. Lucy i ja nigdy się nie lubiłyśmy, widać było po niej, że cieszy się, że to nie ja wychodzę za Jamesa, ale ona. Byłam rozczarowana, jednak najgorszy okazał się moment składania przysięgi małżeńskiej. Zalałam się łzami i uciekłam. Biegłam na ślepo przed siebie, a on? Stał tam i przysięgał jej miłość na wieki, zupełnie taką jak mi wczoraj wieczorem i jeszcze raz w nocy. Załamałam się, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. (…) Tydzień po ślubie mej niespełnionej miłości stałam się wrakiem człowieka. Nie było już we mnie tej radości co zawsze. W dodatku wszystkie media o tym trąbiły, co doprowadzało mnie na skraj załamania. W końcu nie wytrzymałam. Wzięłam w dłoń telefon, chciałam do niego zadzwonić, ale jak zwykle odzywała się sekretarka. Postanowiłam więc, że wyślę mu ostatni sms, o treści ‘’Dziękuję za wszystko. Mimo tych wszystkich ran, bardzo Cię kocham, nie widzę życia bez Ciebie. Pamiętaj o mnie, proszę…’’ Zaraz po tym poszłam na strych. Drżącymi rękoma wygrzebałam ze skrzyni linę. Następnie zrobiłam małą pętlę, a drugi koniec mocnej liny przywiązałam do belki, a do tego przydała mi się skrzynia, na której stanęłam by dosięgnąć. Po założeniu pętli na szyję po raz ostatni pomyślałam o nim, po czym kopnęłam skrzynkę w przód. Tracąc powoli świadomość miałam tylko nadzieję, że James będzie szczęśliwy, bo on ma przy sobie swą miłość, a o mnie szybko zapomni. Niestety albo i na odwrót ktoś w ostatniej chwili, kiedy moja senna postać przekraczała granicę świata żywych, przeciął linę. Tlen dotarł do mojego mózgu, jednak ja wciąż byłam nieprzytomna. Dopiero nazajutrz odzyskałam pełnię świadomości... Obudził mnie przeraźliwy krzyk dziecka, najprawdopodobniej byłam w szpitalu gdzieś niedaleko porodówki. Byłam podłączona do jakichś kabelków, a obok mnie siedziała Jo-narzeczona Kendalla.
- Jejku, jak dobrze, że już się obudziłaś. Zdążyłam w ostatniej chwili, byłaś cała sina!- Ciemnooka chwyciła mnie za dłoń i mocno ją ścisnęła w zamian przytulenia. Czyli, że to ona mnie uratowała! Nie rozumiem tylko po co. Nagle do sali wleciał James. Wyglądał jak zwykle nienagannie. Pewnie w innych okolicznościach rzuciłabym mu się na szyję, ale teraz? Na pewno nie! Nie odpowiadając na żadne z jego pytań spojrzałam tylko na kwiaty, które przyniósł ze sobą.
- Jak się czujesz? - Po dłuższym czasie milczenia James zadał najgorsze z możliwych pytań.
- Fantastycznie, nie widać? Jestem taka super szczęśliwa, że aż sama nie wierzę!- Odpowiedziałam mu z sarkastycznym uśmiechem. Na całe szczęście pielęgniarka wygoniła go z sali, a mnie zabrała na badania, które trwały aż do wieczora. Późną porą zaczęło do mnie wszystko wracać, a za każdym razem kiedy spojrzałam na bukiet niebieskich róż chciało mi się wymiotować. Już miałam je wyrzucić do pobliskiego kosza, ale wtedy wypadła z nich mała karteczka z napisem ''Przepraszam, przepraszam, że nie byłem w stanie pokochać Cię tak bardzo jak Ty pokochałaś mnie... Twój J.M. '' 

3 komentarze:

  1. Wiedziałam że ci się uda ją wskrzesić ...;)
    czekam na nn :**

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajne :) podoba mi się tylko mam proźbę czy byś mogła czcionkę zmienić na ciemniejszą bo dla mnie tekst się z tłem zlewa i kiepsko się czyta :)

    OdpowiedzUsuń