poniedziałek, 16 czerwca 2014

Rozdział 2

Ostatnie dnie były wręcz tragedią. Czemu nie mogłam się za cholerę pozbyć tego cholernego Jamesa z głowy? Dlaczego tak strasznie zależy mi na tym dupku, który ma w dupie uczucia innych? Mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale oczywiście najmądrzejsza i najwspanialsza Luzika nie posłuchała głosu rozumu, tylko serca i teraz co? Wszyscy mają mnie za wariatkę, która powinna zostać zamknięta w pokoju bez okien w bezpiecznym kaftanie, bo mogłaby sobie coś zrobić. (…) Tego dnia miał odmienić się mój los, w końcu mnie wypuszczają. Nie rozumiem tego fenomenu, jeśli ktoś chciał się zabić, to nie powinni wsadzać go na obserwację, ale posłać do dobrego psychologa czy psychiatry. Zresztą teraz to już nieważne. (…) Przez te cholerne formalności byłam w domu dopiero po piętnastej. Sąsiadka mieszkająca obok przyszła do mnie w odwiedziny z kwiatami. Jak się okazało nie były od niej, tylko znów od Jamesa z przeprosinami.
‘’Wiem, jestem najgorszy na świecie, ale nie mogę  się  pogodzić  z tym, że to przeze mnie chciałaś odebrać sobie życie. Przepraszam Cię  najmocniej i pewnie zrobię  to jeszcze nie raz, naprawdę  jestem skruszony. Gdybym mógł, padłbym na kolana… Twój J.M.’’
Ze złością rzuciłam bukiet czerwonych róż na podłogę, po czym tak po prostu zaczęłam po nim deptać. No ileż można? Sąsiadka nie rozumiała mojego zachowania, skarciła mnie dodatkowo wzrokiem tak jakbym zrobiła bóg wie jaką złą rzecz. Wiem, szkoda kwiatków, by je deptać przez takiego Maslowa, ale bywa… Miałam tego serdecznie dość, więc postanowiłam wyjść na przód świeżo upieczonemu mężusiowi. Pospiesznie, drżącymi rękoma chwyciłam za telefon i wybrałam jego numer. Odebrała ta jego siksa, Lucy.
- Cześć, przekaż Jamesowi, że dzwoniłam. – Myślałam, że zwymiotuję. Chciałam w końcu rozmawiać z nim, a nie z jego najukochańszą żoneczką, która nie od dziś działa mi na nerwy i on dobrze o tym wie. Mimo to wybrał ją nie mnie, muszę się z tym jakoś pogodzić, prawda?
- Ojejku, jak mi przykro. Twoja niespełniona miłość nie może podejść teraz do telefonu. Ja na Twoim miejscu znów próbowałabym się zabić, ale tym razem skutecznie. – Złośliwa szatynka nawet w tej sytuacji nie mogła sobie odpuścić dogryzania mi. Może miała rację i powinnam skończyć ze sobą raz na zawsze? Gdybym była tam przy niej, to pewnie wytargałabym ją za włosy i własnoręcznie zdarłabym jej ten głupi uśmiech z twarzy, ale niestety przez telefon tego nie załatwię. Przyznaję, że znów dałam się wyprowadzić z równowagi. Niebezpiecznie by było zostawać mi samej w dużym domu, bogatym w szklanki, których liczba pewnie zmalałaby o połowę gdybym jeszcze dłużej rozmawiała z tą siksą Maslowa. Postanowiłam wybrać się na spacer do parku. Tam mogłam choć na chwilę odetchnąć świeżym powietrzem. Dosłownie na chwilę, bo zaraz po tym poczułam silny zapach męskich perfum, znanych mi doskonale męskich perfum. Sama kiedyś je wybierałam specjalnie dla tego jednego, specjalnego faceta, czyli Jamesa. Nie pomyliłam się, to znów był on. Mam do niego takie cholerne szczęście, że wręcz rude. Nigdy nie lubiłam stawać z nim oko w oko, a teraz tym bardziej. Najchętniej to bym się teraz rozryczała, ale nie mogę. Będę silna, zero słabości od teraz.
- Cześć, jak się masz? – James spojrzał na mnie jakby nigdy nic się nie stało. Myślałam, że wybuchnę, ale postanowiłam zgrywać opanowaną. Nie chcę mu stać na drodze do szczęścia.
- Nie widać? Jestem oazą spokoju i chyba najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Facet, który teraz ma żonę przeleciał mnie w przeddzień swojego ślubu i wmawiał mi, że mnie kocha. Super, naprawdę. Możesz mi pozazdrościć.  – Spojrzałam chłodnym spojrzeniem w jego oczy, najwidoczniej zabolały go te wszystkie słowa, które przed chwilą powiedziałam. Dobrze mu tak, chociaż to i tak nie oddaje tego jak ja się czułam, kiedy ten brał ślub.
- Nie kocham Lucy...
- Tak? To skąd ten ślub? Tylko nie tłumacz mi się rodzicami, bo czasy, w których rodzice wybierali dzieciom mężów i żony się skończyły.  – Kolejny strzał w jego stronę zaliczam do udanych. Tym razem to ja wbijałam go w ziemię nie on mnie.
- Już nie bądź taką złośnicą. I tak wiem, że pod maską twardzielki kryje się mała dziewczynka pragnąca by ją ktoś przytulił i powiedział, że jest dla niego najważniejsza. Znam Cię lepiej niż ktokolwiek inny! – Brunet chwycił mnie za ramiona i delikatnie potrząsnął. Nie wiem co takiego chciał tym wskórać, ale nie udało mu się to.
- No właśnie, znasz mnie lepiej niż nikt inny, ale nie wpadło Ci do głowy, że zaboli mnie to, jak mnie przelecisz dzień przed swoim ślubem i wyznasz miłość? Nie liczysz się z uczuciami innych, najważniejszy jesteś tylko Ty, zresztą zawsze tak było. Jesteś skończonym idiotą! – Nie mogłam wytrzymać, musiałam w końcu na niego krzyknąć i to tak, że aż ludzie się na nas dziwnie spojrzeli. Jednak wisienką na torcie został porządny prawy sierpowy w jeden z jego idealnie gładkich policzków. Dumna z siebie obróciłam się na pięcie i zniknęłam za strukturą różnorodnych drzew. Kto by pomyślał, że kiedyś zbiorę się na odwagę i będę w stanie podnieść rękę na Jamesa… Nawet ja nie wiedziałam co się ze mną dzieje, a co dopiero inni, którzy mijali tą zasmuconą, zakapturzoną dziewczynę, która zamiast chować się przed deszczem siedzi na ławce niedaleko mostu i wpatruje się w wodę, tak jakby coś w niej zgubiła… 

sobota, 17 maja 2014

Rozdział 1

Przyjaźnię się z Jamesem od przedszkola. Zawsze byliśmy nierozłączni. W liceum nawet kilka razy byliśmy parą. Niestety zawsze z takim samym skutkiem. On najwidoczniej nie kochał mnie tak bardzo jak ja jego. Nie umiał pojąć tego, że zależy mi na nim bardziej niż mu się wydaje. Odpuściłam, ale nie mogłam znieść jego widoku w objęciach innych dziewczyn. Nie chciałam tego, ale jednak. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy i wyjechałam do słonecznego Los Angeles. Tam odbudowałam swoją psychikę, zapomniałam nareszcie o nim, co zajęło mi bardzo dużo mojego cennego czasu. Znalazłam przytulne mieszkano nieopodal jeziora, które było od świtu do zmierzchu zamieszkiwane tylko i wyłącznie przez drobne zwierzęta, co dodawało mu uroku. Wszystko układało się genialnie, aż pewnego dnia idąc do studio fotograficznego napotkałam się na nikogo innego jak Jamesa! Nagle poczułam jakby coś we mnie pękło, to chyba moje serce po raz setny. Wysoki, przystojny brunet o nienagannej fryzurze spojrzał w moje oczy, a ja robiąc to samo zupełnie straciłam poczucie czasu.
- Miałaś zamiar przejść obok mnie obojętnie? Co Ci zrobiłem? Dlaczego wyjechałaś bez pożegnania? – Chłopak zadawał mi pytania tak szybko jakby był jakąś maszyną. Co mam mu powiedzieć? Mam mu wyznać prawdę, czy może skłamać, że po prostu chciałam zacząć od zera? Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam głowę w drugą stronę.
- Dobrze wiesz czemu wyjechałam, a teraz przepraszam, ale bardzo się śpieszę do pracy. – Z drugą częścią swej odpowiedzi skłamałam, bowiem do rozpoczęcia fuchy mam jeszcze dobre pół godziny, ale nie ma bata. Nie będę z nim rozmawiać, bo tylko się rozpłaczę i będzie po moim makijażu. (…) Dzień zleciał mi bardzo szybko. Na dziś jednak to tyle, więc czas iść do domu, założyć wygodną piżamę, zmyć makijaż i zastanowić się co dalej. Niestety po dojściu na wyznaczone miejsce udało mi się wykonać jedynie punkt drugi, bo ktoś zaczął dobijać się do moich drzwi. Z niechęcią otworzyłam je, jednakże szybko tego pożałowałam.
-Luiza, daj mi szansę. Chcesz tak po prostu zapomnieć? – Znów zadawał mi pytanie, na które znał doskonale odpowiedź.
- Idź stąd, nie chcę Cię widzieć, bo wiem, że i tak znajdziesz sobie inną. – W tym momencie nie wytrzymałam. Wszystko do mnie wróciło, a łzy strumieniami ciekły po policzkach. James jednak nie odpuścił. Nic już nie powiedział. Wprosił się do środka, po czym wtulił w swą wyrobioną klatę moje drobne ciałko i trzymał póki nie przestałam płakać. Może to tego potrzebowałam przez cały czas? Sama nie wiem… Resztę wieczoru spędziliśmy razem. W sumie nie robiliśmy nic ciekawego, ale łzy nie polały się już ani razu. Dopiero kiedy zbierał się do wyjścia, a ja już praktycznie zasypiałam na stojąco, podszedł do mnie, ucałował moje czółko i szepnął coś w stylu.
- Obiecuję Cię już nigdy nie zranić.
Chciałam odwzajemnić pocałunek, tyle dobrego, że na policzku. Pan Maslow jednak okazał się przebiegły, bo przy pomocy skrętu szyi złączył nasze usta w jednym, czułym pocałunku, a z tego zrodziło się milion drobniejszych pocałunków. Jego dłonie błądziły wolno po moich plecach, chcąc czy nie chcąc noc spędziliśmy razem. Natomiast kiedy wstałam rano jego już nie było. Zostawił kartkę w kuchni o treści ‘’Dzień dobry. Miałem coś nagłego do załatwienia, ale dziękuję za najlepszą noc w życiu.’’ Przeczytałam ją kilka razy i za każdym z nich uśmiech pojawiał się na mojej twarzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że coś się kroi i, że moje serce znów zostanie wystawione na próbę. Zwyczajnie wyszłam na spacer, do parku. Z oddali dostrzegłam odstawionego Kendall’a z dużym, zapakowanym w ozdobny papier pudełkiem. Chcąc dowiedzieć się co tutaj robi i czemu jest tak odświętnie ubrany podeszłam do niego.
- Hej Kendall. Co Ty tutaj robisz? – Spytawszy z ciekawością wyczuwalną w głosie zmierzyłam go jeszcze raz, a porządnie wzrokiem.
- Nie wiesz? James bierze dzisiaj ślub! Ubieraj kieckę i lecimy! Nie może Cię zabraknąć, no chodź!- Blondyn nie przyjmował do wiadomości słowa nie. Pociągnął mnie do mojego własnego domu i kazał raz dwa ubrać na siebie sukienkę. Wciąż nie wierzyłam w to co usłyszałam. James i ślub? Czyli jednak on i Lucy to coś poważnego… Nie rozumiem tylko jednego. Dlaczego kochając ją przespał się ze mną? Co przedmałżeński skok w bok? Nad tym zastanawiałam się przez całą drogę na plażę, gdzie miała odbyć się ceremonia. Kazano mi usiąść w pierwszym rzędzie. Lucy i ja nigdy się nie lubiłyśmy, widać było po niej, że cieszy się, że to nie ja wychodzę za Jamesa, ale ona. Byłam rozczarowana, jednak najgorszy okazał się moment składania przysięgi małżeńskiej. Zalałam się łzami i uciekłam. Biegłam na ślepo przed siebie, a on? Stał tam i przysięgał jej miłość na wieki, zupełnie taką jak mi wczoraj wieczorem i jeszcze raz w nocy. Załamałam się, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. (…) Tydzień po ślubie mej niespełnionej miłości stałam się wrakiem człowieka. Nie było już we mnie tej radości co zawsze. W dodatku wszystkie media o tym trąbiły, co doprowadzało mnie na skraj załamania. W końcu nie wytrzymałam. Wzięłam w dłoń telefon, chciałam do niego zadzwonić, ale jak zwykle odzywała się sekretarka. Postanowiłam więc, że wyślę mu ostatni sms, o treści ‘’Dziękuję za wszystko. Mimo tych wszystkich ran, bardzo Cię kocham, nie widzę życia bez Ciebie. Pamiętaj o mnie, proszę…’’ Zaraz po tym poszłam na strych. Drżącymi rękoma wygrzebałam ze skrzyni linę. Następnie zrobiłam małą pętlę, a drugi koniec mocnej liny przywiązałam do belki, a do tego przydała mi się skrzynia, na której stanęłam by dosięgnąć. Po założeniu pętli na szyję po raz ostatni pomyślałam o nim, po czym kopnęłam skrzynkę w przód. Tracąc powoli świadomość miałam tylko nadzieję, że James będzie szczęśliwy, bo on ma przy sobie swą miłość, a o mnie szybko zapomni. Niestety albo i na odwrót ktoś w ostatniej chwili, kiedy moja senna postać przekraczała granicę świata żywych, przeciął linę. Tlen dotarł do mojego mózgu, jednak ja wciąż byłam nieprzytomna. Dopiero nazajutrz odzyskałam pełnię świadomości... Obudził mnie przeraźliwy krzyk dziecka, najprawdopodobniej byłam w szpitalu gdzieś niedaleko porodówki. Byłam podłączona do jakichś kabelków, a obok mnie siedziała Jo-narzeczona Kendalla.
- Jejku, jak dobrze, że już się obudziłaś. Zdążyłam w ostatniej chwili, byłaś cała sina!- Ciemnooka chwyciła mnie za dłoń i mocno ją ścisnęła w zamian przytulenia. Czyli, że to ona mnie uratowała! Nie rozumiem tylko po co. Nagle do sali wleciał James. Wyglądał jak zwykle nienagannie. Pewnie w innych okolicznościach rzuciłabym mu się na szyję, ale teraz? Na pewno nie! Nie odpowiadając na żadne z jego pytań spojrzałam tylko na kwiaty, które przyniósł ze sobą.
- Jak się czujesz? - Po dłuższym czasie milczenia James zadał najgorsze z możliwych pytań.
- Fantastycznie, nie widać? Jestem taka super szczęśliwa, że aż sama nie wierzę!- Odpowiedziałam mu z sarkastycznym uśmiechem. Na całe szczęście pielęgniarka wygoniła go z sali, a mnie zabrała na badania, które trwały aż do wieczora. Późną porą zaczęło do mnie wszystko wracać, a za każdym razem kiedy spojrzałam na bukiet niebieskich róż chciało mi się wymiotować. Już miałam je wyrzucić do pobliskiego kosza, ale wtedy wypadła z nich mała karteczka z napisem ''Przepraszam, przepraszam, że nie byłem w stanie pokochać Cię tak bardzo jak Ty pokochałaś mnie... Twój J.M. ''